Gekstra!

Dlaczego świetne pomysły rodzą się pod prysznicem

siku1

albo w trakcie prozaicznych czynności? Odpowiedź znajdziecie w książce Julii Cameron, która pomaga zarówno wypalonym korpowidmom, jak i umęczonym kasjerkom odnaleźć w sobie tętniące źródełko kreatywności. To lektura wręcz obowiązkowa dla wszystkich, którzy tryskają pomysłami i nigdy żadnego nie zrealizowali.

Wszelkiego typu poradniki omijam najszerszym z łuków – łukiem obojętności. Nie dla mnie literatura tłumacząca, jak pokochać teściową w trzy wieczory czy zrozumieć mężczyznę bez wychodzenia z siebie. Podobnie nie widzę się w grupach wsparcia wykrzykujących coś w stylu „Moja wagina jest okey!”. W sprawach smutnych i problematycznych jestem samotnym rewolwerowcem.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy dobra znajoma obdarowała mnie PORADNIKIEM, na dodatek – poradnikiem napisanym przez amerykańską gwiazdę. Na okładce widniało słowo, na które jestem z gruntu impregnowana: bestseller. Kurtuazja nakazywała „Drogę artysty”przekartkować , a nuż będę przepytywana…

od zdrady do sukcesu

Najpierw sprawdziłam, kim jest autorka. Nie mogła być to przecież TA Julia Cameron, moja ukochana XIX-wieczna fotografka (w czasach wiktoriańskich, upozowanych zdjęć fotografowała modeli ze swobodą i psychologiczną głębią). Natomiast Julia, której książkę właśnie obwąchiwałam, urodziła się na przedmieściach Chicago w 1948 roku, w latach 70. robiła karierę dziennikarską w „Washington Post” i „Rolling Stone” i została żoną słynnego reżysera Martina Scorsese. Jej życie gwałtownie zmieniło bieg, kiedy we własnej garderobie odkryła jedwabną bluzkę, należącą, jak się okazało, do Lisy Minelli… Małżeństwo legło w gruzach i dla Cameron, porzuconej z roczną córeczką, zaczął się horror. Popadła w kilkuletni ciąg alkoholowo-narkotyczny, przerywany tylko wizytami w szpitalach psychiatrycznych, do których trafiała po silniejszych atakach załamania nerwowego. Paradoksalnie ten najgorszy okres w jej życiu stał się początkiem jej największego sukcesu, wtedy bowiem wymyśliła metodę terapeutyczną, która miała pomóc milionom ludzi odblokować ich moce twórcze.

uzależnieni od blokady

Inspiracją dla Cameron była metoda tzw. 12 kroków, którą alkoholicy zrzeszeni w AA stosują, by pozbyć się nałogu. Nic dziwnego – dla niej samej twórczość, czyli pisarstwo, szło w parze z piciem jak nie przymierzając whisky z wodą sodową. Bała się, że jeżeli przestanie pić, źródełko wyschnie. Twierdziła, że uprawia pisarstwo spazmatyczne, które „tryska nierówno jak krew z uszkodzonej tętnicy”. I tak, bazując na własnej alkoholicznej niedoli, opracowała metodę odblokowywania sił twórczych i uniezależnienia ich od nałogów. Zastosowała ją wobec dwóch znajomych osób i… zadziałało. Potem poszło jak lawina – pocztą pantoflową rozeszła się wieść o jej sukcesach, zaczęły napływać zaproszenia na wykłady i prośby o przesłanie materiałów. Nauczanie tak pochłonęło Julię, że dopiero po kilkunastu latach naukę usystematyzowała i wydała w formie książki „Droga artysty”. Był rok 1992.

Przeczytawszy o tym wszystkim we wstępie, ciągle dość sceptycznie myślałam o reklamowanej tam metodzie. Bałam się, że zaraz rozwiąże się worek z afirmacjami i ktoś będzie mi kazał wierzyć w okrągło sformułowane zdanka. A tymczasem pojawiły się same konkrety, zadania do wykonania rozpisane na 12 tygodni. W zasadzie żadnego mydlenia oczu. Podniosły ton, który trochę mnie irytował u autorki, równoważyło na szczęście jej poczucie humoru.

dla dyrektorów i gospodyń

Cameron napisała swój poradnik nie tylko dla zablokowanych artystów, ludzi, którzy utknęli w martwym punkcie swojej twórczej drogi. Ale dla wszystkich, którzy nie do końca są zadowoleni ze swojego życia i przeczuwają, że mogliby być kimś więcej niż są i poczuć się szczęśliwsi. A więc zarówno dla (pozornie) świetnie prosperujących menedżerów jak i otwarcie sfrustrowanych gospodyń domowych. Dla jednych i drugich wymyśliła identyczny zestaw podstawowych narzędzi terapii: poranne strony i randki artystyczne. Pierwsze to z pozoru bezcelowa czynność ręcznego zapisywania trzech stron dziennie o poranku. Nikt inny nie może ich przeczytać i nie mają być żadną literaturą. Ot, trzy strony strumienia świadomości – mogą być o tym, że trzeba wstawiać zaraz pranie albo o tym, co nas gnębi albo cieszy. Ważne jest, by zapisywać je nawet wtedy, gdy nie mamy nic do powiedzenia. Są obowiązkowe, bo jedynym ich celem jest uśpienie mózgu logicznego, naszego wewnętrznego cenzora.
Podobno największy problem z porannymi stronami mają zablokowani pisarze – bo zamiast je odrabiać, piszą je. Tak jakby to był element ich twórczości, a nie wentyl, przez który ta właściwa twórczość dopiero z nich ujdzie. Ale oni, na początku kursu, jeszcze tego nie wiedzą.

Drugim narzędziem Cameron są randki artystyczne. Jest to czas, na przykład dwie godziny tygodniowo, poświęcony wyłącznie pielęgnowaniu własnej świadomości twórczej. Od prawdziwej randki różni się tym, że zabieramy na nią TYLKO SIEBIE. Żadnych kochanków, przyjaciół, dzieci. To może być wycieczka do sklepu ze starociami czy wizyta w terrarium. Chodzi w niej o nakarmienie własnej wyobraźni (Cameron nazywa to napełnianiem studni) i bardziej o zabawę niż o intelektualny wyczyn.

co w praniu wypływa

Te dwie niesłychanie proste wskazówki Julii zaintrygowały mnie. Znacie to uczucie, gdy nie idzie wam umysłowa praca i zrobilibyście wszystko, żeby od niej dać nogę? Rzucacie się w wir sprzątania, gotowi wyręczyć stróża w odśnieżaniu posesji, byleby tylko wyjść z intelektualnego impasu. Cameron uświadomiła mi, jak ważne z życiu jest uruchamianie tzw. mózgu artystycznego, czyli tej jego części, która nie jest logiczna i nastawiona na przetrwanie, ale karmi się obrazami, marzeniami. Włącza się na przykład, kiedy patrzymy na umykające przez okno pociągu widoki, ale też kiedy… robimy porządki w bieliźniarce. „Gdy uczestnicy mojego kursu scenopisarskiego – pisze Cameron – utykają gdzieś w środku drugiego aktu, proszę ich o naprawienie czegoś w domu. Wiele rodzajów hobby uaktywnia mózg artystyczny, co prowadzi do znaczących twórczych przełomów”.
Po przeczytaniu tego fragmentu zrozumiałam, dlaczego ostatnio tak strasznie męczyłam się nad zakończeniem tekstu i pomogło mi… przesadzenie jednego z kwiatków do większej doniczki.

Poranne strony i randki artystyczne to podstawa trzymiesięcznego programu wyzwalania twórczych mocy. W każdym tygodniu czeka nas inny zestaw konkretnych zadań, które pomogą odzyskać utracone wskutek blokady pola: bezpieczeństwa, tożsamości, mocy sprawczej etc. Przy okazji autorka w sposób dowcipny i działający na wyobraźnię demaskuje zablokowanych twórców: większość z nich czyta nałogowo. „Opycha się cudzymi słowami, zamiast trawić własne myśli i uczucia, zamiast upichcić coś samemu”. Często są też nimi pracoholicy („pracoholik sam wytwarza szumy zagłuszające sygnał stacji nadawczej” – czyt. źródła twórczości), czyli ludzie, którzy uciekają w pracę nie tylko po to, by uniknąć kontaktu np. ze współmałżonkiem, ale przede wszystkim – samym sobą. Wizja relaksu czy zabawy przeraża ich, bo rozbudza kreatywność, ta zaś – daje poczucie mocy, równie przerażające, bo prowadzące do buntu. Skąd my to znamy?

O praktycznych skutkach książki Cameron powiem tylko tyle, że pożyczyłam ją koleżance, która ją dosłownie pożarła. Zrobiła 12-tygodniowy program i naprawdę się odblokowała. Napisała własną książkę, a teraz pracuje nad scenariuszem filmowym.

cameron

 

One comment

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *